JaSieNieZnam

JaSieNieZnam to subiektywny blog o otaczającej mnie rzeczywistości, na której nie koniecznie się znam :)

Kirgistan 2014
Zastanawiałem się co zawrzeć w i od czego rozpocząć wpis na temat naszej, krótkiej aczkolwiek niezwykle ciekawej wyprawie do Kirgistanu. Generalnie chciałbym z jednej strony opisać moje/nasze wrażenia z wyjazdu, ale równocześnie zawrzeć we wpisie mały Poradnik dla tych, którzy chcą się do Kirgistanu wybrać. A o tym, że warto postaram się Was przekonać poniżej
Pomysł wyjazdu do Kirgistanu zrodził się jak większość naszych akcji spontanicznie. Duki znalazł ofertę taniego przelotu do Biszkeku z Berlina, na szybko sprawdził panującą tam pogodę w wybranym terminie listopadowym, która na pierwszy rzut oka wydawała się dość obiecująca, poinformował wszystkich o pomyśle, a na następny dzień mieliśmy w rękach 7 biletów do Kirgistanu tureckich linii lotniczych Pegasus. Swoją droga ta linia lotnicza ma bardzo atrakcyjną oferte i całą masę interesujących kierunków. Jest to turecki odpowiednik tanich linii lotniczych typu Ryanair, a za hub przesiadkowy służy im lotnisko w Stambule. W chwili obecnej obsługują loty z większości dużych miast europejskich i należy tylko mieć nadzieję, że w najbliższym czasie będzie można z nimi polecieć z Warszawy lub Krakowa co znacząco ułatwiłoby i skróciło podróż. Bo, że są atrakcyjni cenowo niech świadczy cena naszych biletów czyli 780 zł za osobe, w tym 20 kilogramowy bagaż rejestrowany i 10kg bagażu podręcznego, którego wymiarów i wagi nikt specjalnie nie sprawdza.
Zaraz po kupnie biletów rozpoczęliśmy planowanie wyjazdu. Dość szybko okazało się, że Listopad w Kirgistanie to nie jest „według wielu źródeł” najlepszy termin na wyjazd! Nie zniechęciło nas to jednak do rezygnacji tudzież zmiany terminu. Wręcz przeciwnie postanowiliśmy podjąc wyzwanie i zobaczyć Kirgistan w porze, w której mało kto tam się wybiera w celach turystycznych. Czas mijał bardzo szybko i ani obejrzeliśmy się a nastał Listopad 2014:-)

Środa 5 Listopada godzina 22.15 Kraków RDA

Jako sposób dostania się do Berlina wybraliśmy PolskiegoBusa, który dojeżdza bezpośrednio na lotnisko Schonefeld, z którego latają samoloty Pegasusa. Udało nam się w dobrej cenie kupić bilety. Musze jednak stwierdzić, że chyba po raz ostatni przy takiej podróży skusimy sie na jazdę tym środkiem transportu. A już napewno 2 razy zastanowimy się czy warto. I nie chodzi o złą jakość swiadczonych usług czy też o cene. Chodzi o dodatkowy czas na podróż. Wylot z Berlina był we Czwartek o 14.30, a autobus wyjeżdzał z Krakowa we środę o 22.15 i jechał 8h po czym do lotu mieliśmy kolejne kilka godzin czekania. Czas ten poświecilismy na szybką wycieczkę do centrum miasta. Bagaż zostawiliśmy w przechowalni i wsiedliśmy w S-Bahn. To całkiem niezłe rozwiązanie dla tych, którzy mają „chwilę” czasu przed odlotem. Niemniej jednak tym co rozważają opcje dostania sie na lotnisko autobusem, polecałbym jechać tam autem i zostawić je na parkingu. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że oszczędzicie jakies 4h na samej podróży. Po drugie dlatego, że unikniecie długiego czekania miedzy przyjazdem autobusu na lotnisko, a odlotem. Po trzecie dlatego, że nie będziecie sie martwić, że przepadną Wam bilety autobusowe jeśli lot powrotny się opóźni. A po czwarte dlatego, że wcale nie wychodzi to specjalnie taniej. Nawet jeśli traficie tanie bilety na promocji trzeba doliczyć koszty „oczekiwania” na lotnisku, co biorąc pod uwagę lotniskowe ceny ( czy też opcje z odwiedzeniem centrum Berlina) skutecznie wyrównuje różnice cen biletów i paliwa
Czwartek 6 Listopada
Po ponad 8h podrózy dotarliśmy na Lotnisko Schonefeld. Podróż była dość męcząca, ale jeszcze gorsze była wizja oczekiwania 7h na odlot samolotu. Postanowilismy zatem zostawić bagaż w przechowalni (duża skrytka, w której mieszczą sie 2-3 plecaki to koszt 6 Euro) i pojechać do centrum Berlina (grupowy bilet całodzienny dla max 5 osob kosztuje 17 Euro). Po 3h spacerze po centrum poszliśmy zjeść kebaba i wrócili na lotnisko. Na dworcu kolejowym spotkaliśmy młodą dziewczynę, która również chciała dostać się wraz z przyjaciółmi do centrum miasta tyle że, chyba nie chcieli za to płacić. Dziewczyna zatem pytała wszystkich przechodzących czy nie mają czasem „niepotrzebnych” biletów całodziennych. A, że mielismy ich 6 to postanowiliśmy się nimi podzielić
Samolot odleciał bez opóźnień. Do Stambułu lecieliśmy niecałe 3h. Tam mieliśmy mieć 3h przerwy przesiadkę na lot do Biszkeku. Niestety z powodu mgły w Biszkeku lot nasz opoźnił się o 4:30h. Tym sposobem musieliśmy założyć na lotnisku obóz i lekko się znieczulić, co by szybciej minał nam czas oczekiwania:-)

Piątek 7 Listopada

Samolot wystartował tuż po północy. Lot trwał 5h, a na miejscu byliśmy o 10 czasu lokalnego (+5h w stosunku do czasu polskiego). Odprawa paszportowa przebiegła sprawnie i dostałem pierwszą od dawna pieczątkę do paszportu Po wyjściu z terminala od razu dopadł nas lokalny taksówkarz oferując nam swoje usługi. Ponieważ byliśmy już zmęczeni i nie specjalnie chcieliśmy szukać innych środków transportu wyszliśmy z załozenia, że damy się mu „złowić”. Gość twierdził, że ma auto 6 osobowe i zmieści się również nasz spory bagaż….i owszem zmieścił sie, ale na naszych kolanach
Ustaliliśmy cenę na 25$ co jak się okazało jest wygórowana stawką. Już wychodząc z terminala dostaliśmy oferty po 10$ za małe auto. Jeśli więc wybieracie się do Kirgistanu to polecam nie dać się złapać na terminalu tylko wyjść na zewnątrz gdzie z cała pewnością otrzymacie o wiele bardziej korzystna ofertę My kazaliśmy się zawieźć na Western Bus Station („Zapadnyi Awtowagzal”), skąd odjeżdzają marszrutki i prywatne busy we wszystkie strony Kirgistanu. Poszliśmy do kantoru, których w całym Kirgistanie jest bardzo duża ilość i są dosłownie wszędzie, i rozmienili dolary (1USD to około 57 SOM). W przeciwieństwie do krajów europejskich musze przyznać, że kurs wymiany był wyjątkowo uczciwy jak na miejsce, w którym się znajdował Zanim rozpoczeliśmy poszukiwania busa, poszliśmy do pobliskiej knajpy coś zjeść. Od razu zostaliśmy wprowadzeni do VIP room-u. Obsługująca nas dziewczyna mówiła troche po angielsku, co należy zapisać temu miejscu na plus Jedzenie nie powalało, ale jak na przydworcową knajpe było dobre. Cena dla 6 osob to 1600SOM, czyli jakieś 4,5$ na osobę. Będąc w Kirgistanie nie należy się dziwić, że w restauracjach do każdego rachunku doliczane jest 10% za serwis. Jest to powszechna praktyka i nie spotkałem miejsca, w którym tak by nie było.

DSCF0368
Po wyjściu z knajpy postanowiliśmy znaleźć prywatnego busa, tak żeby móc jechać własnym tempem i zatrzymywać się po drodze tam gdzie chcemy. Już po chwili mieliśmy namierzone 2 duże auta. Jednen z kierowców chciał za przejazd do Karakol 600SOM od osoby, drugi zszedł nawet do 500SOM. Wybraliśmy „droższą” ofertę, ponieważ na aucie był kogut „taxi”, który po wejściu do pojazdu od razu wylądował w bagażniku Biorąc pod uwagę, że do Karakol jest ponad 400km cena przejazdu prywatnym autem jest porażająco niska. 60 kilka dolarów to ledwie pokrywa koszty paliwa, które i tak w Kirgistanie jest bardzo tanie (około 3zł za litr). Najlepsze jest jednak to, że w wersji marszrutkowej przejazd na tej samej trasie kosztuje jedynie 350SOM plus czasem 50SOM za bagaż.
Niezrażeni „incydentem kogutowym” wsiedliśmy do auta i ruszyli w drogę. Już po chwili dosiadła się do nas jeszcze jedna osoba, która okazała się, kierowcą na zmianę. Dość długo zajęło nam wydostanie się z miasta. Są tam całkiem spore korki, a także kirgiskie KFC:-)

DSCF0381

Samą drogę do Karakol, można podzielić na 2 etapy. Od Biszkeku do Balykchy jest przyjemna 2 pasmowa, w dużej mierze nowo wyremontowana droga z równą nawierzchnią. Od Balykchy do Karakol droga jest już jednopasmowa, raczej słabej jakości i prowadzi przez niezliczoną liczbę miast i miasteczek. Po około 150 km od Biszkeku zatrzymaliśmy się w przydrożnej knajpie. Jak się później okazało w tej okolicy znajduję się 5-6 knajp przy których zatrzymują się wszystkie marszrutki i spora część aut prywatnych jadących miedzy Biszkekiem i Karakolem, Narynem itd. Jedzenie jest tu wydawane z podgrzewaczy. Niemniej jednak duża ilość osób powoduje, że jest ono świeże, bardzo dobre i tanie.
Po szybkiej konsumpcji pojechaliśmy dalej. Naszym oczom ukazało się jezioro Issyk-Kul. Jest naprawdę imponujące. Niestety zaczynało już się ściemniać, a do tego pogoda była pochmurna więc nie mieliśmy okazji podziwiać pełnego widoku jeziora z górami Tien-Shan w tle. Droga strasznie się dłużyła. Postanowiliśmy zatem zatrzymać się w lokalnym sklepie ogólnospożywczym i zakupić „czasoumilacz” 0,7 wódki z wyższej półki wraz z przepitką to koszt 10PLN Impreza w aucie rozkręciła się na dobre. Przyłączył się do nas również, nasz kierowca Marcel, który przesiadł się na siedzenie pasażera. Po kolejnym postoju w sklepie, zaczał puszczać nam kirgiskie disco. Do tego doszły efekty świetlne, bo jak się okazało Marcel jest policjantem i miał w aucie policyjny czerwony świetlik.

DSCF0401

Dalsza droga minęła już szybko. Dojechaliśmy na miejsce do Turkenstan Yurt Campu, gdzie postanowiliśmy mimo chłodu spać w jurcie.

Sobota 8 Listopada.

DSCF0426
Po ponad 40h podróży byliśmy dość zmęczeni więc nie zbieraliśmy się z rana zbyt wcześnie. Poszliśmy na śniadanie. Całkiem dobre przygotowane przez Rustana. Strasznie sympatyczny i pomocny gość. Mówi tylko po rosyjsku, ale łatwo się z nim dogadać. Po śniadaniu zaczęliśmy się pakować, zakupiliśmy u Rustana kartusze gazowe (nowe kosztują 600SOM za 250g, można też kupić kartusze z drugiej ręki nabijane ponownie gazem za 200SOM. Gaz w nich jest nieco słabszej jakości, ale dla osób jeżdżacych w wersji budżet jest to całkiem rozsądne rozwiązanie). Zostawiliśmy też depozyt u Rustana z rzeczy, które w górach miały nam być niepotrzebne.
Na pierwszy nasz cel wybraliśmy dolinę Yeti Oguz. Chcieliśmy z niej przy odrobinie szczęscia do pogody przejść do doliny Karakol, a dalej do Altyn Arashan. Całość miała nam zająć 5 dni. Z centrum Karakol wzieliśmy 2 taksówki po 600SOM za auto, które dowiozły nas do Sanatorium znajdujące się tuż przy sławnych czerwonych skałach. Auta naszych kierowców pozostawiały wiele do życzenia. U jednego w bagażniku była 10cm dziura. W drugim aucie była rozbita szyba, a auto sprawiało wrażenie jakby miało się zaraz rozlecieć. Nie przeszkadzało to jednak kierowcy aby jechać 120km/h po dziurawej drodze.

DSCF0438DSCF0455
Po dojechaniu na miejsce wpadliśmy jeszcze na chwilę do lokalnego sklepiku, zakupić towary pierwszej potrzeby (kirgiski koniak), wypiliśmy ostatnie piwko i ruszyliśmy w dolinę.

DSCF0456

Widoki były dość przeciętne ponieważ było duże zachmurzenie. Śniegu nie było zbyt dużo więc szło się wygodnie. Po około 3 godzinach doszliśmy do rozwidlenia szlaków. Tam skierowaliśmy się, w stronę przełęczy Teleti Pass. Podeszliśmy jeszcze kilkaset metrów, a ponieważ zaczynało się ściemniać postanowiliśmy rozbić obóz. Zagotowaliśmy wodę ze strumyka płynącego nieopodal i zjedli liofizy LYO Food, które w porównaniu z innymi wcześniej próbowanymi były wręcz wyśmienite.

DSCF0464 DSCF0476
Niedziela 9 Listopada

Już w czasie rozkładania namiotów, zaczął padać śnieg i nie przestał, aż do rana.Noc była ciężka. Z powodu śniegu namiot stał się szczelną nieoddychającą kopułą, w której para wodna się skraplała i wszystko co stykało się z tropikiem natychmiast było wilgotne. Rano odkopaliśmy się ze świeżej 40 centymetrowej warstwy puchu.

DSCF0480 DSCF0510

Zjedliśmy śniadania, zwinęliśmy obóz i ruszyli w dalszą drogę. Śnieg ciągle padał, warunki robiły się coraz gorsze, a przed nami do pokonania było długie i strome podejście na przełęcz. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy brnięcie dalej ma sens tym bardziej, że tuż koło nas zeszła z niewielkiego zbocza, mala lawinka. A skoro w takim miejscu śnieg zjeżdzał to na górze mogłobyć tylko gorzej. Podjeliśmy decyzje o odwrocie i jak się okazało była to decyzja słuszna. Ta sama droga, która dzień wczesniej pokonaliśmy do góry, tym razem zajęła nam 2krotnie więcej czasu. Przez noc napadało śniegu po kolana i przez cała drogę musieliśmy torować ślad. A jest to zajęcie bardzo męczące.

DSCF0533

W końcu koło godziny 17 udało nam się dotrzeć do Sanatorium i schronić w barze, koło sklepiku. Jak się okazało śnieg padał nie tylko w górach. Droga do Yeti Oguz była również zasypana i jezdziły nią tylko auta terenowe.

DSCF0542 DSCF0540

Nikt nie chciał po nas przyjechać. Wkońcu zadzwoniliśmy do Rustana, który znalazł 2 nieświadomych kierowców, który zgodzili się po nas przyjechać Mieli być po 40 minutach, jednakże droga zajęła im 2 razy wiecej czasu!! Zapakowaliśmy się do aut i zaczęli wracać do Karakol. Po drodze musieliśmy mijać sie z terenowym busikiem, który nie chciał zjechać z drogi i to my musieliśmy wbić się w zaspę sniegu, a po chwili pomagaliśmy gościowi, który wjechał w zaspę i zablokował drogę, wypchać auto na jezdnię.

DSCF0562

Ostatecznie udało nam się dotrzeć do Karakol. Ponieważ byliśmy nieziemsko głodni poprosiliśmy kierowców aby podrzucili nas do Yurt Campu, gdzie zostawiliśmy plecaki, i zawieźli nas do dobrej restauracji gdzie podają dobrą baraninę I tak trafiliśmy do lokalu o nazwię Ruslan. Jak się okazało była to restauracjo-dyskoteka, a że akurat była niedziela wieczór to był tam kirgiski dancing!
Zaprowadzono nas do VIP roomu (śmieszna sprawa bo tam wszędzie mają VIP roomy w restauracjach dla zachodnich gości), zamówiliśmy mnóstwo jedzenia i kilka butelek koniaku, a rachunek po doliczeniu serwisu oraz naszego napiwku opiewał na 3000SOM czyli jakieś 65$. Dobra cena jak na totalna wyżerkę wraz z koniakiem dla 6 osób.
Później wraz z Bartoszem poszliśmy sprawdzić jak wygląda kirgiski dancing Oczywiście byliśmy w pełnym górskim rynsztunku Stanowiliśmy pewnego rodzaju atrakcję, ale o dziwo nikt od nas nie uciekał!
Zrobiło się późno więc postanowiliśmy wracać na camp. Po wyjściu z restauracji natrafiliśmy na lokalsów, którzy bardzo chcieli się z nami napić wódki Wśród nich był też Papa Jackson. Jeden z nielicznych lokalsów, który całkiem przyzwoicie mówił po angielsku, a nauczył się z teledysków 50 centa, co zresztą było słychać w jego akcencie!!

DSCF0584
Poniedziałek 10 Listopad

Z łóżek zwlekliśmy się dość późno. Skutki kirgiskiej imprezy były dość niemiłe. Śniadanie mimo wszystko udało się przyjąć. Pogoda była dość słaba więc postanowiliśmy wykorzystać dzień na zwiedzanie okolicy. Zadzwoniliśmy po chłopaków z taxi pojechaliśmy na obiad, później do Muzeum Przewalskiego, na Karakolski targ i na koniec na bilard (choć była to wersja kirgiska – stół do snookera, bile bilardowe, ale wszystkie koloru białego).

Wtorek 11 Listopad

Zebraliśmy się dość wcześnie. Pierwszy raz na naszym wyjeździe świeciło słońce i wkońcu widać było to po co do Kirgistanu przyjechaliśmy czyli góry! Po śniadaniu wezwaliśmy taxi i pojechaliśmy do wejścia do doliny Altyn Arashan.

DSCF0612

Tego dnia chcieliśmy dojść do Health Resort Altyn Arashan. Tak przynajmniej nazywają to Kirgizi Nie jest to Health Resort jaki znamy z Polski, ale o tym za chwile! Do przejścia mieliśmy około 10km. Dolina jest naprawdę piękna. Szlak prowadzi wzdłóż górskiego potoku. W lecie jeździ do Altyn Arashan wojskowy samochód, niestety w Listopadzie byliśmy zdani tylko na siebie W sensie dosłownym bo nikogo oprocz nas na szlaku nie spotkaliśmy. Słońce grzało dość mocno, a niebo było błękitne. W połączeniu z ośnieżonymi szczytami, zapachem lasu i ciszą dawało to piorunujący efekt!!

DSCF0632

Po 3 godzinach marszu spotkalismy lokalsa odśnieżającego stromy podjazd. Jak się okazało Siergiej był jedyną osobą przebywającą w Altyn Arashan Health Resort i tylko u niego można było wynająć pokoje Dowiedzieliśmy się również, że nastepnego dnia ma przyjechać do niego jego szef. Postanowiliśmy z tego skorzystać i zamówiliśmy u niego kilka rzeczy! Siergiej zaprowadził nas do swojego domku. Nieduży murowany dom z obłednym widokiem na góry! W środku jadalnia z kominkiem, a na górze pokoje. Warunki dość spartańskie. Brak bierzącej wody, toaleta w osobnym budynku (jeśli toaletą można nazwać dziurę w ziemi. Jak się później okazało ogrzewane były tylko 2 pokoje, które miały styczność z kominem. W moim nieogrzewanym pokoju panowała temperatura 2-4C.

DSCF0664 DSCF0659

Siergiej przygotował dla nas herbatę. Zrobiliśmy kolacje z liofizów, a resztę wieczoru spędziliśmy na gorących źrodłach, które również znacząco różnią się od tych spotykanych u nas, grzejąc sie przy kominku i grając w szachy. Co do kominka to za rozpałke Siergiejowi służył stary przepracowany olej a paliwem oprócz drewna były wszystkie śmieci…

DSCF0695

DSCF0690
Środa 12 Listopad

DSCF0682
Noc ze względu na temperaturę w pokoju była dość rześka Zeszliśmy do jadalni, gdzie czekało na nas przygotowane przez Siergieja sniadanie. Były to bliny z dżemem (po naszemu po prostu naleśniki) oraz kasza gryczana na mleku. Bardzo dobre i sycące dania. Siergiej poradził nam, aby wybrać się na wycieczkę na pobliski szczyt. Z doliny wyglądało jakby był on na wyciągnięcie ręki i można było na niego wejść w 1,5h. Nic bardziej mylnego. Pomimo tego, że szliśmy na lekko, pokonywanie kolejnych metrów wcale szybko nie szlo. A tak naprawdę z doliny nie było widać całej drogi na szczyt. Po prostu za każdym wzniesieniem, było kolejne, a potem jeszcze kolejne i kolejne, a szczyt cały czas się nie zbliżał Udało nam się dotrzeć na wierzchołek o 14.30. Było dość późno biorąc pod uwagę, że słońce zachodziło o 17.30. Szczyt na który weszliśmy i tak nie był tym na który chcieliśmy dojść. Aczkolwiek wyraźnie był oznaczony jako osobny szczyt, a nie przedwierzchołek Z powodu późnej godziny i perspektywy długiego schodzenia postanowiliśmy odpuścić sobie dalsze podejście! Po szybkiej sesji fotograficznej rozpoczęliśmy mozolne i strasznie męczące zejście. Śniegu nie było zbyt wiele, ale było stosunkowo ślisko więc szliśmy w rakach. Niestety zejście było bardzo kamieniste, co w połączeniu z małą ilością śniegu skutecznie uniemożliwiało szybkie zejście.

DSCF0698 DSCF0704 DSCF0708 DSCF0718DSCF0739 DSCF0748DSCF0766
Po powrocie czekał na nas wypasiony obiad i przepyszny barszcz! Na miejscu poznaliśmy też Aleksieja, właściciela domku. Jak się okazało jest on z pochodzenia ukrainiec, jednakże od urodzenia mieszkającym w Kirgistanie. Pomimo 70 lat na karku dalej jest w wyśmienitej formie fizyczne, chodzi po górach, jeździ na quadzie i motocrossie. Opowiadał nam, że dawniej był zarówno zawodnikiem jak i trenerem motocrossu Wieczór po raz kolejny minął nam na wizycie w gorących źródłach, grze w szachy i rozmowach z Aleksiejem i Siergiejem. No jeszcze na konsumpcji tego co przywiózł ze sobą szef.

Czwartek 13 Listopad

Dzień wcześniej rozmawialiśmy z Aleksiejem o możliwości dotarcia do jeziora Ala-Kul. Stwierdził, że jest to jak najbardziej, możliwe i że ponieważ przyjechał do domku wraz ze swoim wnukiem i jego kolegą, który jest w szkole przewodników wysokogórskich to za 1000SOM mogą z nami pójść i poprowadzić do celu. Przystaliśmy na tą propozycję ponieważ nie chcieliśmy tracić czasu na orientacje w terenie. Nikogo w tym rejonie od dłuższego czasu nie było, a szlaki nie są tu zbyt dobrze oznaczone. Problemem jest poruszanie się w lecie, a co dopiero w zimie kiedy wszystko jest zasypane.

DSCF0777 DSCF0780
Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Chłopaki chyba chcieli się pokazać i od początku narzucili naprawdę solidne tempo. Jako, że nie należę do osób wolnych, byłem dla nich pełen podziwu. Zastanawiałem się tylko, czy naprawdę są tacy mocni, czy zaraz zmięknie im rura W końcu wyszło na to drugie, bo po mniej więcej godzinie marszu ich tempo zeszło do normalnego poziomu, a dalej było już tylko gorzej. Zaczęli robić przystanki co 5 minut pomimo tego, że i tak szliśmy już dość powoli. Po kolejnej godzinie wnuk Aleksieja totalnie zmiękł i postanowił na nas poczekać. My ruszyliśmy dalej za przewodnikiem. Miał nieco lepsze tempo, choć i tak nas spowalniał. Tak więc po kolejnej godzinie marszu poprosiliśmy go o wskazanie drogi i powiedzieli mu, że może na nas poczekać.

DSCF0786 DSCF0787 DSCF0788 DSCF0792 DSCF0793
Od tego momentu zaczęliśmy się przemieszczać nieco szybszym tempem.Warunki robiły się coraz cięższe, wiał mocny wiatr, a do tego znowu robiło się późno. Drogi przynajmniej wizualnie nie ubywało. Wiedzieliśmy, że na przełęcz już nie dojdziemy ponieważ do pokonania było 300 metrów przewyższenia w bardzo stromym i ośnieżonym terenie. Chcieliśmy tylko podejść jak najbliżej. Do wypłaszczenia, z którego mielibyśmy świetny widok na okolicę zostało kilkadziesiąt metrów i przejście przez nieduże pole śnieżne z jednej grzędy na drugą. W momencie gdy zrobiłem zaczynałem króciutki trawersik oberwała się „mała” lawinka z nawianego i zmarzniętego śniegu. Nie była to duża lawina, ale mimo wszystko trochę najadłem się strachu widząć zwały śniegu osuwające się w moją stronę Krzyknąłem do Adama „Spierdalamy” i zacząłem kierować się w bezpieczne miejsce. Całe szczęście byliśmy na wypiętrzonej grzędzie i czoło lawiny skierowało się w przeciwną stronę, a do tego dość szybko lawina wyhamowała. Nie zmienia to faktu, że gdy podeszliśmy do niej miała 1,5m wysokości, śnieg był ciężki i zbity, właściwie były to lodowe płyty. Raczej brak szans na samodzielne wydostanie się spod czegoś takiego…uznaliśmy to za znak do odwrotu Wystarczająco dużo tego dnia naoglądaliśmy się pięknych widoków i nie było sensu ryzykować tym bardziej, że przed nami był jeszcze bardziej stromy teren.

DSCF0800 DSCF0802 DSCF0804 DSCF0811
Powrót był dość szybki. Śniegu było zdecydowanie więcej niż dzień wcześniej, nie było też kamieni. Można zatem było schodzić z kontrolowanym uślizgiem Po godzinie dotarlismy do naszych kolegów, którym chyba było troche zimno i wróciliśmy do domku. Ponownie czekał na nas pyszny obiad i ciepłe źródła A wieczorem szachy i rozmowy z Aleksiejem.

DSCF0814 DSCF0678
Piątek 14 Listopada

Piątek był ostatnim dniem, który mieliśmy spędzić w górach. Umówiliśmy sie z Aleksiejem, że zwiezie nam swoim autem plecaki na dól. Powiedzał nam, że bedzie zjeżdzał zaraz po obiedzie, co nam pasowało, bo chcieliśmy się na spokojnie w Karakol ogarnąć, pójść na obiad i znaleźć transport do Biszkeku. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu do tego panowało ogólne rozluźnienie w zespole. Jacek z Bartkiem postanowili pójść na szybki spacer, a my poszliśmy poszukać otwartych basenów z ciepłymi źródłami, o których opowiadał nam Aleksiej. Znajdują się one wzdłuż rzeczki i mają kształt serc i żaby, a najfajniejsze źródło było zlokalizowane w jaskini.

DSCF0818 DSCF0829 DSCF0831
Po kolejnym pysznym obiedzie zapakowaliśmy nasze bagaże na dach Nivy Aleksieja. Ja zabrałem się z Aleksiejem autem, żeby poczekać z bagażem na chlopaków na dole. Jazda Nivą nie należała do najwygodniejszych gdyż jechaliśmy na tylnej kanapie we 3 razem z plecakiem Do tego droga pozostawia wiele do życzenia.

DSCF0850 DSCF0855 DSCF0862

Jak się okazało wcale długo czekać na resztę ekipy nie musiałem. Byli 30 minut po mnie. Wsiedliśmy do taksówki, pojechaliśmy do Yurt Campu zostawić plecaki, a następnie pojechaliśmy do Ruslana na obiad Zrobiliśmy wyżerkę totalną wraz z piwkiem, koniakiem itd, a wszystko razem z napiwkiem za całe 65$ dla 6 osób.

DSCF0869
Do Yurt Campu postanowiliśmy wrócić z buta. Po drodze zachaczyliśmy o sklep, gdzie spotkaliśmy panią sprzedawczynie, którą poznaliśmy parę dni wczesniej. Rozmowa była bardzo miła, a Pani bardzo chciała z nami pojechać do Polski.

DSCF0878
Wieczór spędziliśmy w Yurt Campie. W końcu była okazja wziąć porządny ciepły prysznic, bo jakoś wcześniej był problem z temperaturą i ciśnieniem wody, a w Altyn Arashan ciepłej wody w ogóle nie było:-)

Sobota 15 Listopada

DSCF0862 DSCF0883 DSCF0892
Umówiliśmy się na śniadanie o 8. Wstaliśmy o 7 i szybko spakowaliśmy się. Po śniadaniu poszliśmy na dworzec autobusowy, gdzie złapaliśmy marszrutkę do Biszkeku. Kosztowała 350SOM za osobę plus 50SOM za bagaż. Podobno tej drugiej opłaty nie trzeba uiszczać jeśli się zaprotestuje, ale wyszliśmy z założenia, że dla 3 złotych nie będziemy z siebie robić idiotów Kierowca marszrutki był bardzo miły, a do tego posiadał zdolność do jednoczesnej rozmowy przez telefon i wyprzedzania z prędkością 110km/h innych aut na wąskiej i raczej niezbyt równej drodze. Kilometry mijały bardzo szybko. Widoki były również przednie. Wkońcu mogliśmy zobaczyć jezioro Issyk-Kul i w oddali góry Tien-Shan. Widok robi oszałamiające wrażenie. W połowie drogie zatrzymaliśmy się na obiad w jednej z przydrożnych restauracji. Obiad znowu bardzo nam smakował. Ruszyliśmy dalej w drogę. Będąc już przy Biszkeku zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. W czasie tankowania zgasł silnik. Okazało się, że nasz kierowca jechał już na totalnych oparach (jak większość kierowców w Kirgistanie) i pompa zassała powietrze.

DSCF0904

Zostaliśmy poproszeni o pomoc w przepchnięciu auta. Kierowca poszperał coś przy silniku, podpompował paliwo, a później odpaliliśmy sprintera na pych Niedługo potem dojechaliśmy na Zachodni Dworzec. Tam zapytaliśmy kierowcę czy podrzuci nas do Hostelu Nomad gdzie mielimśmy zarezerwowany nocleg. Problemu nie było, musieliśmy tylko ponegocjować cenę. Były to bardzo wesołe negocjacje i w końcu stanęło na 400SOM. 20 minut później byliśmy w hostelu.

Hostel Nomad to idealne miejsce na nocleg w Biszkeku. Jak na kirgijskie warunki, jego standard jest wręcz oszałamiający czysto, schludnie, ciepło, łazienki z kiblem siedzącym, prysznic z ciepłą wodą, kuchnia do użytku wspólnego. Do tego obsługa recepcji 24h z perfekcyjnie mówiąca po angielsku oraz bardzo dobra lokalizacja w pobliżu największych atrakcji stolicy. A wszystko to za 12$ (15$ w sezonie).
Mając do dyspozycji tyle luksusów postanowiliśmy z nich skorzystać i pierwszy raz od 10 dni wziać porządny ciepły prysznic Po ogarnięciu się ruszyliśmy na miasto. W pierwszej kolejności poszliśmy na pocztę aby wysłać pocztówki. Kupiliśmy znaczki i dostaliśmy znaczki z 2006 roku z mundialu w Niemczech. Chyba zbyt dużo ich sobie wówczas wydrukowali!! Następnie zapytalismy lokalsów gdzie możemy kupić jakieś pamiątki i trafiliśmy do dużego domu towarowego, w którym było dosłownie wszystko. Wybraliśmy się też na krótki spacer, ale ponieważ byliśmy już zmęczeni dość szybko wróciliśmy do hostelu po drodze zachaczając o malutki sklepik, w którym sprzedawca namówił nas na lokalne piwo, które okazało się jak na warunki kirgiskie wręcz kosmicznie drogie (120SOM czyli jakieś 2$).
W hostelu spaliśmy w Sali 12 osobowej. Oprócz nas były jeszcze 4 osoby w tym pewien francuz, który już od kilku miesięcy podróżuje po świecie. Wyjechał z Francji i po 8 miesiącach trafił do Biszkeku gdzie już od 10 dni czekał na chińską wizę. Z jego bloga wiem, że zaraz po naszym wyjeździe pojechał do Kazachstanu, gdzie został na kilka godzin aresztowany bez podania przyczyn i również bez podania przyczyn z aresztu wypuszczony Obecnie jest gdzieś w Chinach. Jeżeli ktoś jest zainteresowany to jego losy można śledzić na blogu: www.ca-rouuullleee.blogspot.com lub na facebooku: www.facebook.com/www.ca.rouuullleee.fr
Oprócz niego spotkalismy tez 2 hiszpanów, którzy zaplanowali sobie 5 miesięczną podróż Szlakiem Jedwabnym. Nasza skromna 11 dniowa wyprawa do Kirgistanu przy ich wojażach wyglądała dość marnie:-)

Niedziela 16 Listopada

Pobudka od 4 rano. Byliśmy już wcześniej spakowani i gotowi na szybką ewakuację. Wypiliśmy po kawie, podziękowali pani z recepcji za gościnę i zapakowali się do zamówionych dzień wcześniej taksówek. Tym razem zapłaciliśmy za 2 auta 1200SOM, a w przeciwieństwie do taksówki z lotniska były to nowiutkie i zadbane auta Po niecałych 30 minutach byliśmy na lotnisku. Ponownie owineliśmy swoje plecaki w strech przywieziony z polski i odprawili się na samolot. Dla tych co dopiero będą planować lecieć do Kirgistanu i również mają problem z plecakiem obwieszonym jak choinka mam dobrą wiadomość, że na lotnisku w Kirgistanie można skorzystać z usług „zabezpieczania” bagażu i nie jest to tak drogie jak w europie:-)

DSCF0907
Samolot odleciał bez opóźnien. Z jednej strony było nam przykro, że to już koniec, z drugiej jednak strony każdy cieszył się, że wraca do domu. W Stambule czekaliśmy na lot 3h, które spędziliśmy na konsumpcji i zakupach w strefie wolnocłowej. Po raz kolejny samolot odleciał bez zbędnych opóźnien. Koło 14 byliśmy na lotnisku w Berlinie. Polski Bus odjeżdzał z lotniska dopiero o 19. Nie chciało nam się czekać na lotnisku, postanowiliśmy zatem pojechać do centrum na dworzec autobusowy gdzie autobus ma pierwszy przystanek i jak się okazało była do genialna decyzja. W Niedziele wieczorem autobus wracający z Berlina jest dopakowany na full i na lotnisku były tylko pojedyńcze rozrzucone miejsca. Dzieki temu, że pojechaliśmy do centrum mogliśmy siedzieć razem w grupie. W oczekiwaniu na autobus trafiliśmy do fantastycznej burgerowni, która znajduje się tuż obok płyty dworca. Być może to tylko 11 dni w Kirgistanie spowodowało, że wszystko nam tak smakowało, ale burgery były naprawdę zajebiste:-)
Do tego obsługujący nas Włoch był poprostu genialny. Twierdził, że miał kiedyś żonę polkę i mieszkał pare lat w Polsce. Co prawda nie zbyt wiele po polsku mówił, ale było z nim wesoło. Na końcu zupełnie bez obciachu powiedział, że liczy na 10% napiwek
Po załadowaniu się do autobusu właściwie cała drogę przespaliśmy. Sama podróż była mega męcząca, ale wkońcu o 4 rano dojechaliśmy do Krakowa. Zamówiliśmy taksówkę, zrobiliśmy sobie pożegnalną fotkę i rozjechaliśmy się do domów….

DSCF0911
KONIEC

EPILOG

Garść najważniejszych informacji dla planujących podróż do Kirgistanu:

  • Najtańsze bilety lotnicze można kupić na lot z Berlina z przesiadką w Stambule w tureckich liniach lotniczych Pegasus Airlines (www.flygps.com)
  • Jeśli lecicie z Berlina polecam jechać tam własnym autem. Koszt przejazdu z parkingiem i tak wyjdzie taki sam jak w przypadku jazdy Polskim Busem. Bo to co zaoszczędzicie na biletach najnormalniej w świecie przejecie w Berlinie czekając na samolot, albo autobus w drodze powrotnej. Do tego jadąc autem z Krakowa można spokojnie dojechać w 5-6h a nie 9h jak PB i przyjechać na 2h przed odprawą, a nie 7h i wsiąść do auta zaraz po wyjściu z terminala, a nie 5h po
  • Będąc już w Biszkeku, taksówkę najlepiej brać zaraz po wyjściu z terminala. Nie powinna kosztować więcej niż 10$. Należy również pamiętać, że większość kierowców nie przyjmuje płatności w walutach. Należy zatem wymienić pieniądze na lotnisku, lub poprosić aby po drodze kierowca podjechał do kantora. Kurs wymiany na lotnisku jest tylko minimalnie gorszy niż w mieście. Można spokojnie wymienić kwote potrzebną na opłacenie taxi.
  • Warto zabrać ze sobą telefon bez SIMlocka. Kartę SIM można kupić u taksówkarza za 50SOM. Trzeba ją tylko później doładować. W tym celu można udać się do dowolnego sklepu i poprosić sprzedawcę o doładowanie. Trzeba znać swój numer ponieważ sprzedawca wysyła SMSa doładowującego dany numer telefonu. Oczywiście pobiera za to drobną opłatę. My poprosiliśmy o doładowanie za 200SOM, a na konto dostaliśmy 195SOM. Kwota ta spokojnie wystarczyła nam na cały 10 dniowy wyjazd. Oczywiscie dzwoniliśmy tylko na numery kirgiskie.
  • Jeżeli nie planujecie spędzać dnia w Biszkeku tylko jedziecie w inne częsci Kirgistanu, należy jechać na Dworzec Zachodni. To z tamdąd odjeżdzają Marszrutki i taksówki. Tam również jest kantor z bardzo dobrymi kursami. Marszrutka do Karakol nie powinna kosztować więcej niż 350-400SOM. Prywatne auto, którym jechaliśmy w 6 osób kosztowało 600SOM od osoby, a byli tacy, którzy chcieli jechać za 500SOM. Nie mniej jednak jadąc Marszrutką o wiele szybciej znajdziecie się na miejscu. Kierowcy Marszrutek ewidentnie mają układ z lokalną policją bo przepisami sięnie przejmują:-) A policji po drodze mijaliśmy bardzo dużo.
  • Na przeciwko dworca znajduje się nieduża lokalna knajpa, w której spokojnie można zjeść coś ciepłego.
  • W Karakol jest spora liczba hosteli i yurt campów. My spaliśmy w Turkmenstan Yurt Camp (www.turkestan.biz). Płaciliśmy 350SOM za noc ze śniadaniem. Maila można pisać po angielsku, natomiast dzwoniąc tam raczej należy używać rosyjskiego.
  • W Yurt Campie można kupić kartusze gazowe. Nowy 250g kosztuje 600SOM, używany napełniony ponownie 250SOM. Na tych napełnianych spokojnie można gotować choć płomień jest nieco gorszej jakości niż z nowych.
  • Do jedzenia w Karakol polecam knajpę o nazwie Ruslan. Bardzo dobre jedzenie w przystępnej cenie
  • Taksówka z Karakol do Yeti Oguz nie powinna kosztować więcej jak 600SOM. W Yeti Oguz jest malutki sklepik, w którym można zaopatrzyć się przed wyjściem w góry.
  • Taksówka do wejścia do doliny Altyn Arashan kosztuje około 400SOM.
  • Do Altyn Arashan Health Resort idzie się około 2-3h. Można tam też dojechać wojskową ciężarówką za 350SOM od osoby, albo 5000SOM jeśli ciężarówka jest wynajęta prywatnie.
  • W Altyn Arashan jest kilka domków w których można nocować. W pierwszym domku po prawej u niejakiego Aleksieja nocleg kosztuje 250SOM. Za 150SOM można mieć dodatkowo śniadanie a kolejne 250SOM obiad. Aleksiej ma też baseny z gorącym źródłem, jednakże za nie też sobie liczy po 200SOM od osoby
  • Wbrew obiegowym twierdzeniom większości ludzi podróżujących po Kirgistanie wcale nie uważam, że nie powinno się tam wynajmować auta. Na drogach międzymiastowych kirgizi jeżdżą dość spokojnie. Prawdą jest jedynie, że jazda w mieście to wyższa szkoła jazdy, ale dotyczy to tylko i wyłącznie Biszkeku. Należy też uważać na dużą liczbę kontroli prędkości.
  • Kirgizi to mega przyjazny i pomocny naród. Nie spotkalismy się, z żadnym wrogim nastawieniem, ani jakimikolwiek nieprzyjemnościami.
  • Dobrej jakości flaszka wódki 0,7l z przepitka w sklepie to koszt 200SOM. Ja natomiast polecam spróbować kirgijski koniak. Cena od 200-450SOM w zależności od gatunku. Niezbyt dużo biorąc pod uwagę jego walory smakowe
  • W Biszkeku polecam spać w Hostelu Nomad (http://www.hostelinkg.com/en/). Dobra cena za bardzo dobre warunki.

Bieg 7 Dolin – Krynica 06.09.2014

Po dość długiej przerwie w pisaniu Bloga wreszcie znalazłem natchnienie i temat do opisania! A będzie to moja przygoda z Biegiem 7 Dolin na jego koronnym dystansie 100 km :-) Przygoda zakończona moim osobistym sukcesem, czyli ukończeniem pierwszego biegu ultra na dystansie 100km. Ale zanim przejdę do samego biegu kilka słów wprowadzenia….

Krótka historia mojego biegania

Będąc zupełnie szczerym muszę przyznać, że jeszcze do niedawna nie lubiłem biegać i właściwie tego nie robiłem. Uważałem to za nudną i bezcelową zabawę, a na ludzi biegających spoglądałem zupełnie tak samo jak niektórzy patrzą teraz na mnie…wszystko zmieniło się jakieś 3 lata temu, kiedy to bieganie stało się elementem przygotowań do wyprawy na Mont Blanc i treningiem uzupełniającym. Nie czerpałem z tego wielkiej przyjemności raczej traktowałem to jako niezbyt przyjemną konieczność. Po paru miesiącach wziąłem udział w pierwszym biegu górskim, a był to Bieg na górę Chełm w Myślenicach i tak już mi zostało, że zafascynowałem się biegami górskimi. Z czasem zwiększały się dystanse, a także poprawiały zajmowane miejsca i postanowiłem więcej czasu poświecić na treningi. Okazało się, że bieganie po górach i w terenie to jest coś co sprawia mi przyjemność, a każdy kolejny ukończony bieg przynosi WIELKĄ SATYSFAKCJĘ!:-) Myśl o biegu na dystansie Ultra chodziła mi po głowie już rok temu, ale wówczas przeważył argument zdroworozsądkowy, czyli po prostu brak odpowiedniego przygotowania. W tym roku też nie obyło się bez wątpliwości, ale klamka zapadła i biec trzeba było…

 

Przed biegiem

Im bliżej było do biegu, tym większe były moje obawy o to czy dam rade, a to dlatego, że zacząłem czytać relacje biegaczy z lat ubiegłych. Wynikało z nich, że przygotowania do pierwszej SETKI zajmuje kilka miesięcy, starannie planują strategię biegu i żywienie na trasie, a ja…..no właśnie…..ja na dzień przed biegiem postanowiłem zadzwonić do znajomego ultrasa, z prośbą o kilka podpowiedzi :-) Jak się okazało wskazówki te okazały się bezcenne i pewnie bez nich nie dałbym rady ukończyć biegu. Pozostał tylko lekki niesmak, że zabrałem się za to na dzień przed…

A jakie to były wskazówki? Pewnie dla większości ultrasów nie będzie to nic nowego, ale nie dla ultrasów piszę tą relację więc:

- DBAJ O STOPY! – niby „oczywista oczywistość” jak powiedział kiedyś klasyk, ale co to właściwie znaczy? Ano mniej więcej tyle, że miałem przygotować sobie 3 pary skarpetek (2 na zmianę), krem do smarowania stóp, malutki ręczniczek i najważniejsze zakupić stuptuty!! STUPTUTY po to aby do butów nie sypał się piasek, kamyczki i kurz. Kurz, który wydaje się być nieszkodliwy, ale który przy 100 kilometrowym biegu wchodząc w przepoconą skarpetkę zamienia się w papier ścierny skutecznie demolujący stopy poprzez obtarcia, podrażnienia, odparzenia, bąble i odciski. SKARPETKI po to aby dać nodze odpoczynek i poczucie świeżości, RĘCZNICZEK po to aby mieć czym wytrzeć stopy po przemyciu wodą stóp (stuptuty nie gwarantują 100% ochrony wiec zarówno w skarpecie jak i na stopach kurz i piasek będzie się znajdował) i KREM który ukoi zmęczone stopy i zmniejszy tarcie stóp o skarpetki.

- JEDZ NORMALNE JEDZENIE – nie oznacza to, żeby nie jeść żeli itd, ale miałem sobie do każdego przepaku przygotować pojemnik z czymś przygotowanym w domu. Najlepiej podobno wchodzi zupa z makaronem, ale ja z braku czasu zrobiłem Makaron z sosem (na pierwszym przepaku jeszcze jakoś wszedł, na drugim już nie bardzo – następnym razem zrobię ZUPĘ!). Do tego na każdy przepak warto spakować puszkę Coli.

- KOSZULKA NA ZMIANĘ – tu wiele tłumaczyć nie trzeba, po prostu fajnie założyć świeżą koszulkę :-)

Oczywiście wszystkich rad posłuchałem i o to jak mniej więcej wyglądały moje depozyty:

- RYTRO 36km trasy – Makaron z sosem pomidorowym, Puszka Coli, butelka napoju izotonicznego, 2 żele energetyczne, baton energetyczny, kanapka przygotowana w domu, skarpetki i koszulka na przebranie.

- PIWNICZNA ZDRÓJ 66 km trasy – Makaron z sosem pomidorowym, Puszka Coli, butelka napoju izotonicznego, 2 żele energetyczne, baton energetyczny, kanapka przygotowana w domu, skarpetki i koszulka na przebranie.

- WIERCHOMLA 77km – 2 żele energetyczne – wyszedłem z założenia, że 11 km to trochę mało aby robić pełny przepak.

Dodatkowo wyposażyłem się w stuptuty, kijki teleskopowe i camelbaga. Była 23.20 w piątek wieczorem. Najwyższa pora spać, w końcu budzik ustawiony na 2.00…..

BIEG 7 DOLIN

B7D_Numer

Godzina 2.00, dzwoni budzik. Wyrwany z jakiegoś przygłupiego snu myślę sobie „co jest k***a”, czemu budzik dzwoni w środku nocy. Dopiero po chwili dociera do mnie, że jestem w Krynicy i za chwilę startujemy. Jest mi strasznie zimno, cały się telepię więc okrywam się kołdrą i myśle „po jaką cholerę zgłosiłem się do tego biegu i przez następne kilkanaście godzin z własnej, nieprzymuszonej woli będę się katował”. Nie jest to dobra pora na filozoficzne rozmyślania, więc szybko ubieram ciuchy, jem śniadanie, myję zęby, zabieram depozyty i razem z Peterem idziemy na start. Po drodze spotykamy innego biegacza oferującego nam podwózkę. Chętnie korzystamy. Jak się okazuje dla kolegi jest to 6 w tym roku Ultramaraton. Przy okazji „sprzedaje” nam ciekawy patent na zachowanie ciepła przed startem, czyli JEDNORAZOWY STRÓJ MALARSKI, który ściąga i wyrzuca do kosza tuż przed startem.

Wchodzimy na krynicki deptak, jest 2.45. Wszędzie tłum biegaczy. Idziemy do busów wiozących depozyty do poszczególnych punktów kontrolnych. Dalej już tylko linia startu i ostatnie kilka minut oczekiwania….

b7d1

START

 b7d4

3….2….1….Start. Wreszcie ruszyliśmy. Długo oczekiwana chwila, która równocześnie oznaczała początek wielogodzinnego wysiłku i walki z samym sobą. I znowu to samo pytanie w głowie „chłopie po co Ci to było”. Biegniemy przez centrum asfaltem, atmosfera przyjazna, komuś obok pika zegarek. To znak, że za nami 1 kilometr, a jednocześnie 99 wciąż przed nami….Po chwili ruszamy ostro w górę i już jesteśmy w drodze na Jaworzynę. Tempo trzymam spokojne, przechodzę do marszu, podobnie jak większość uczestników. Czas mija szybko, już po chwili jesteśmy przy Czarnym Potoku i zaczynamy właściwe podejście na Jaworzynę. Po mniej więcej 1h45min jestem na szczycie i przechodzę do biegu. Od tej pory moja strategia zakłada bieg jeśli jest w dół i po równym oraz marsz kiedy jest pod górkę.

Po niecałych 3h jestem na Hali Łabowskiej przy pierwszym bufecie. Wypijam kubek soku, do ręki biorę kubek herbaty, banana i herbatniki. Zatrzymuję się tylko na chwilę aby dopić gorącą herbatę i ruszam dalej. Jem już w marszu.

b7d2

RYTRO 36km

Po 4h 31min dobiegam do Rytra. Czuję się dobrze, nogi już zmęczone, ale tragedii nie ma. Stopy w stanie idealnym. Zabieram depozyt, kolega który skończył bieg na 36km pomaga mi się przepakować i uzupełnia izotonik w camelbagu. W między czasie jem makaron, zapijam Colą. Ściągam buty i skarpetki, myję wodą stopy, nacieram kremem i z powrotem zakładam buty. Do plecaka chowam jeszcze drożdżówke. Po 15 minutach ruszam dalej….

PODRÓŻ W NIEZNANE

….od tej chwili zaczyna się moja prywatna podróż w nieznane. Rok temu właśnie w Rytrze była meta mojego biegu, równocześnie nigdy wcześniej ani później nie biegłem dłuższego dystansu. Początek znowu spokojnie tym bardziej, że po krótkim czasie zaczyna się ostre i „niekończące” się podejście. Niekończące bo miałem wrażenie, że nigdy nie dojdę do końca, a tak bardzo chciałem je już mieć za sobą:-) W końcu się jednak udało. Dobiegam do Schroniska na Przehybie, tam na 45km kolejny bufet. Uzupełniam camelbaga, wypijam 2 kubki soku, banan, herbatniki…to już prawie czynność rutynowa:-) Siadam na chwile na murku. Czas się zbierać, do Piwnicznej zostało jeszcze 21km. I były to bardzo ciężkie kilometry. W nogach właściwie skończyła się moc. Uda piekły do tego były pierwsze objawy skurczów. Wizja dalszych 50km nie napawała optymizmem, co podziałało na mnie motywująco (kolega przed biegiem powiedział, że nie dam rady. A skoro wszystkie znaki na niebie wskazywały, że będzie miał racje, musiałem się zmotywować i pokazać LESZCZOWI, że dam radę!!:-))

PIWNICZNA ZDRÓJ 66km trasy

Po długiej i monotonnej batalii z samym sobą docieram do Piwnicznej. Słońce już w pełni bo już po 12. Wbiegając na metę można było posłuchać grającej na żywo orkiestry:-) Bufet i przepak wyglądał tak samo jak w Rytrze. I tu znowu niespodzianka….moje stopy dalej były w stanie idealnym. Za to makaron nie chciał już wchodzić. Zjadłem może połowę. Uzupełniłem izotonik, zjadłem kilka kawałków pomarańczy i herbatników. Wziąłem drożdżówkę do plecaka. Przy okazji pogadałem z biegaczem, który z powodu kontuzji zakończył swój udział właśnie tutaj. Dał mi 2 żele energetyczne, które jemu już potrzebne nie były ( za co serdecznie dziękuję). I znowu po 15 minutach odpoczynku ruszyłem w trasę. Zadzwoniłem też do żony i poprosiłem ją, żeby po mnie przyjechała do Krynicy, bo ja raczej nie będę miał ani siły ani możliwości wrócić do Krakowa po biegu. Kochana żona obiecała po mnie przyjechać jeśli tylko zdecyduję się biec na 100km, a nie zejdę z trasy wcześniej:-).

WIERCHOMLA 77km trasy

11 km z Piwnicznej do Wierchomli było naprawdę ciężkie. Ostre słońce i duchota dawały się we znaki. Nie wiem jak skończyłby się dla mnie bieg gdyby w połowie dystansu nie zaczął padać rzęsisty deszcz. To był prawdziwie zbawienny deszcz.  Już na tym etapie zacząłem odczuwać dokuczliwy ból lewego kolana, który w szczególności wzmacniał się na zbiegach. Całe szczęście miałem ze sobą środki przeciwbólowe, które łyknąłem i złagodziły ból. Biegnąc drogą asfaltową w kierunku kolejnego przepaku spotkała nas miła niespodzianka. Otóż jeden z okolicznych mieszkańców wystawił przed swoją bramę stoliczek z 2 wiaderkami wody i 2 kubki :-) Tu również chciałbym serdecznie podziękować!! Na przepaku w Wierchomli nie spędzam zbyt wiele czasu. Dolewam jedynie wody do camelbaga, wypijam 2 kubki soku, jem kilka kawałków pomarańczy i biorę ze sobą żele energetyczne, które dałem do depozytu.

BACÓWKA NAD WIERCHOMLĄ

Po jakimś kilometrze od przepaku, rozpoczyna się bardzo strome podejście wzdłuż wyciągu krzesełkowego. Tam zgaduję się z jednym z uczestników i tak przez następne kilka kilometrów biegniemy razem. Z niepokojem patrzyliśmy na otaczające nas czarne chmury i słuchaliśmy grzmotów. Burza przechodziła tuż obok nas. Całe szczęście nam odpuściła, ale wiedzieliśmy, że końcówka trasy będzie błotnista bo właśnie tam padało. Do Bacówki prowadzi długie niezbyt strome podejście. Większość osób na tym etapie biegu pokonuje ten odcinek marszem. Ja wykrzesałem z siebie nieco energii i znaczną jego część delikatnie pobiegłem. Wiedziałem, że na ostatnim zbiegu nie będę mógł szaleć ze względu na kolano, tak więc postanowiłem spożytkować nadmiar energii na podbieg :-) Droga do Bacówki niezmiernie się dłużyła. Całe szczęście udało się do niej dotrzeć. Był to ostatni punkt kontrolny i żywieniowy przed meta!! Postanowiłem nie robić przerwy. Wypiłem kubek soku, zjadłem kilka kawałków owoców, wziąłem parę herbatników i ruszyłem w drogę. Chciałem już mieć to za sobą JAK NAJSZYBCIEJ!!

12 KILOMETRÓW

W moim przypadku JAK NAJSZYBCIEJ, oznaczało prawie 1,5 godzinną potyczkę z własnymi słabościami, bólem kolana, skurczami i zmęczeniem. Odliczałem, każdy kilometr. Końcówka wydawała się nie mieć końca. W końcu dotarłem do górnej stacji wyciągu na Słotwinach, skąd trawersem biegło się wzdłuż Krynicy, żeby zrobić nawrót i wbiec na deptak….

META

Już na 98 kilometrze dało się usłyszeć spikera i kibiców na MECIE! Spowodowało to szybki napływ nowych sił. Entuzjazm i radość z rychłego ukończenia biegu bardzo szybko została „powalona” dosłownie i w przenośni przez leżące w poprzek szlaku drzewa. Mokra kora w połączeniu z błockiem i 99 kilometrami w nogach to mieszanka wybuchowa. Trzeba było zachować ostrożność i na chwilę skupić się, aby mety nie przekraczać w asyście GOPRu :-) Ufff…udało się, teraz już tylko kilkaset metrów. Głos spikera i oklaski kibiców dla kolejnych biegach robił się coraz wyraźniejszy. Tętno przyspieszyło, adrenalina, która wydzielił mój organizm całkowicie wygłuszyła ból kolana i spowodowała napływ „NADZWYCZAJNEJ” mocy. Widok pierwszych kibiców spowodował u mnie napływ łez do oczu. Byłem blisko…złożyłem kijki, jeden zakręt, drugi zakręt. Strażak obstawiający trasę wskazuje drogę mówiąc, że za rogiem już deptak i ostatnia prosta….ostatnie kilkaset metrów wzdłuż których stoją kibice. Na końcu widać upragnioną metę. O tej chwili myślałem przez całe 15 godzin biegu, a tak naprawdE od zeszłego roku kiedy podjąłem decyzje o starcie na 100km. Wówczas patrzyłem na tą prostą od drugiej strony podziwiając zawodników wbiegających na metę. Przyspieszam. Podbiegam do barierek i przybijam PIĄTKI. Znowu przyspieszam. To już jest sprint:-) Nie wiem skąd mam tyle energii, ale to chyba dzięki ŻONIE czekającej na mnie na mecie:-) Ostatnie 100 metrów. Właściwie ich nie pamiętam, po prostu biegłem.

b7d6

META. RADOŚĆ. PAMIĄTKOWY MEDAL. TO JUŻ KONIEC. Słyszę głos Anitki. Jest ze mnie DUMNA:-) Ja chyba z siebie też! Koło niej mój Tata, który też przyjechał zobaczyć mój finisz. Siadam na ziemi….siedzę. Ściągam buty, piję herbatę. Wracam do siebie, emocje opadają. To już naprawdę koniec. Pierwsza myśl? TO BYŁ PIERWSZY I OSTATNI RAZ!!…

 b7d5

4 DNI PÓŹNIEJ

Minęły od biegu 4 dni. Nogi już tak nie bolą, choć ciągle są słabe i nabite. Z kolana schodzi opuchlizna. Bieg 7 Dolin to już historia, a ja…ja planuje kolejne ultra na przyszły rok :-)

EPILOG

Nie planuję się tu wymądrzać odnośnie taktyki i żywienia, ale poniżej zamieszczam najważniejsze punkty, które według mnie miały kluczowe znaczenie dla ukończenia Biegu 7 Dolin na 100km:

- DBAŁEM O STOPY – patrz pierwsza stron. Dzięki poradom znajomego ultrasa ( a co serdecznie dziękuję) moje stopy dotarły do mety w stanie „prawie” nienaruszonym.

- PIŁEM DUŻO PŁYNÓW – woda, izotoniki, soki, cola. Cokolwiek byleby pić i nie odwodnić się. Policzyłem, że w ciągu całego biegu wypiłem około 9 litrów płynów!

- JADŁEM DUŻO I CZĘSTO – przez cały bieg jadłem tak aby nawet przez chwile nie mieć pustego żołądka. Żeby nie było monotonnie na przepakach jadłem przygotowany przez siebie Makaron – choć następnym razem z całą pewnością zrobię zupę z makaronem, bo z cała pewnością łatwiej wejdzie – zawsze brałem ze sobą drożdżówkę, miałem ze sobą kanapki z ziarnistego pieczywa posmarowane tłustym serkiem i z żółtym serem, a dopiero między głównymi posiłkami korzystałem z żeli. Dodatkowo miałem ciasteczka zbożowe z czekoladą z decathlona z dodatkową porcją magnezu, które jadłem za każdym razem jak czułem, że zbliżają się skurcze. I rzeczywiście pomagało. Na parę kilometrów miałem spokój.

- UWIERZYŁEM W SIEBIE – od początku do końca trzeba wierzyć w to, że ten dystans jest dla Ciebie. Po 50 kilometrze nogi już nie biegną. Biegnie głowa:-) Gdybym choć na chwilę zwątpił w sukces, nogi odmówiłyby mi posłuszeństwa.

- ŻONA CZEKAŁA NA MECIE – po prostu nie mogłem nie dobiec.

KONIEC

I Zimowy Tatrzański weekend sezonu 2012/2013

Tak jak obiecałem, przelewam na papier relacje z zimowego wypadu w Tatry. A więc do rzeczy. Zima przyszła, a co za tym idzie spadło trochę śniegu w Tatrach. Nie sposób było ominąć takiej okazji i wybrać się w Tatry na 2 dniowy rekonesans. Decyzję podjęliśmy szybko i spontanicznie po czym zebraliśmy ekipę. Wyszło 6 osób z czego Jack i Peter jechali tylko na sobotę, a ja, Paweł, Marcin i Bartosz zostawaliśmy na nockę w schronisku w 5 stawach.

15.12.2012

Wyjechaliśmy wczesnym rankiem o 5.00. Oczywiście nie obyło się bez opóźnień, zaspania i konieczności odwiedzenia McDonalda więc  na Palenicy pojawiliśmy się o 8.30. Po szybkim przepakunku zapłaciliśmy za bilecik panu z TPN-u i ruszyliśmy w kierunku Doliny 5 Stawów. Pogoda była mało optymistyczna, padał deszcz i było powyżej 0 stopni. Całe szczęście po dotarciu do 5 Stawów deszcz zastąpił śnieg, co nie zmieniło faktu, że wiał silny wiatr, myślę, że nie pomylę się jak powiem 80km/h w porywach. Po krótkim odpoczynku w schronisku, zjedzeniu paru bułek i wypiciu napojów wzmacniających ruszyliśmy w kierunku Koziego Wierchu. Wiatr wiał mocno, zacinał śniegiem co dodatkowo potęgowało wrażenie. Ci co nie mieli kominiarek dość boleśnie to odczuwali. Po dotarciu do rogatki czarnego szlaku dołączył do nas się samotny turysta z Krakowa pytając czy może się z nami zabrać (filmik w linku)

Na rozstaju szlaków

Nie mieliśmy nic przeciwko, zatem zaczęliśmy mozolne pięcie się w górę. Około godziny 13 byliśmy na wysokości 1900m. 2 osoby z Teamu miały nieco wolniejsze tempo dlatego po krótkiej naradzie ustaliliśmy, że zawrócą do schroniska, bo i tak nie zdążą wejść i zejść na szczyt zanim zrobi się ciemno. Ruszyliśmy zatem w 5 dalej. Po kolejnych 45 minutach Jack i Paweł powiedzieli, że nie dadzą rady dalej iść. Ich okulary były całkowicie zamarznięte, a bez nich iść się nie dało ze względu na silny wiatr i zacinające drobinki śniegu. Zostało nas w tym momencie 3. Nie trwało to długo bo po 3 minutach Peter również stwierdził, że nie da rady i dołączył do schodzącej ekipy. Była 13.45 to szczytu pozostało jakieś 300m w pionie. Ustaliliśmy deadline na 14.30 i ruszyli z Bartoszem do góry. Tempo było całkiem ostre. Po pewnym czasie dotarliśmy do partii szczytowej i po krótkiej wspinaczce po trudnościach o 14.25 osiągnęliśmy szczyt.

Generalnie wiele widać nie było, za to silny wiatr powodował, że nie dało się tam długo wytrzymać. Zrobiliśmy parę fotek, zadzwoniłem do Anitki pochwalić się zdobyczą i ruszyliśmy na dół.

Nawigacja we mgle nie była prosta, wszystko wygląda dokładnie tak samo, całe szczęście miałem ze sobą GPSa (zegarek Garmin Fenix – polecam gorąco, fajna zabawka, dużo funkcji i dokładność). Pomimo zaznaczonego szlaku udało nam się „delikatnie” zmienić trasę zejścia. Trafiliśmy do nie tego żlebu co chcieliśmy i z każdym metrem oddalaliśmy się od właściwego śladu. Nie mniej jednak postanowiliśmy podążać w miarę bezpieczną grzędą. Chcieliśmy wrócić w stronę śladu GPS niestety musielibyśmy przecinać zaśnieżony żleb. Nie chcieliśmy też wycofywać się do góry, bo robiło się już późno. Generalnie wiedzieliśmy, że schodzimy w kierunku Wielkiego Stawu, pytanie było tylko, na jakiej wysokości do niego dojdziemy. Generalnie okazało się, że trasa zejścia mocno odbiegała od oryginału. Dołączyliśmy się do żółtego szlaku na Krzyżne i o 16 dotarli do schroniska. Wiem, wiem, zaraz ktoś zarzuci Nam, że wiele ryzykowaliśmy i było to nierozsądne. Być może tak, nie mniej jednak dla mnie to kolejne górskie doświadczenie i fajna przygoda. Wieczór w schronisku przebiegał w miłej biesiadnej atmosferze!! Na kolejny dzień zapowiadali rozpogodzenie i słoneczną pogodę.

16.12.2012

Pobudka 7.15. Poszliśmy na śniadanie (jajecznica z chlebem), spakowaliśmy bety i ruszyliśmy w kierunku Zawratu. Pogoda cudna, bezchmurne niebo, słońce wychylające się zza szczytów.

Idealna pogoda na wycieczkę. W nocy zasypało wszystkie ślady. Do rozstaju szlaku na Kozią Przełęcz szliśmy po śladzie wcześniejszej ekipy. Później już sami musieliśmy torować drogę. Nie było to ani łatwe, ani szybkie. Każdy krok należało stawiać uważnie, ponieważ pokrywa śnieżna kryła pod sobą wiele niespodzianek. Co rusz, osoba prowadząca wpadało w śnieg po pas.

Poruszaliśmy się powoli na przód, analizując i wybierając najlepszą według nas trasę. Generalnie staraliśmy się trzymać szlaku, niemniej jednak miejsca, które uznaliśmy za niebezpieczne ze względu na zalegający śnieg omijaliśmy alternatywnymi drogami.

Koło 11 byliśmy już na wysokości Zadniego Stawu.  Śnieg był naprawdę głęboki dlatego też postanowiliśmy przejść kawałek dnem doliny i większość podejścia na Zawrat zrobić skalną grzędą wystającą ponad strome zaśnieżone stoki.

O 12 przetrawersowaliśmy ostatni odcinek i dotarli na przełęcz. Plan zakładał zejście do Murowańca. Musieliśmy z niego zrezygnować ze względu na dużą ilość nawianego śniegu. Do myślenia dał nam również fakt, że do 12 nikt od strony Murowańca nie wszedł na Zawrat. Spędziliśmy tam 30 min robiąc zdjęcia, jedząc i podziwiając przepiękne zimowe widoki.

Po chwili dotarła do nas druga 3 osobowa ekipa. Podziękowali za torowanie drogi, poczęstowali nas w nagrodę cukierkami i w końcu ruszyliśmy wspólnie z powrotem do schroniska w Piątce. 1,5h później byliśmy już w schronisku. Pogoda w międzyczasie się popsuła, znowu zaczęło wiać. Zjedliśmy obiadek, wypili piwko i ruszyli do auta. Weekend minął bardzo szybko, nie mnie jednak uważam go za bardzo udany! Tatry zimą są przepiękne, chociaż niebezpieczne. Chodząc po górach zawsze staramy się robić to bezpiecznie i rozsądnie mimo, że nie zawsze tak to wygląda. Zawsze mamy ze sobą detektory, łopaty i sondy lawinowe. Unikamy stromych ośnieżonych stoków. Każda wycieczka, w góry i osiągnięte szczyty to dla nas wielka satysfakcja i osiągnięcie. I tak, też było w tym przypadku!! Już nie mogę doczekać się kolejnej wizyty w Tatrach!!

Zdjecia zrobione przez Pawła i Marcina, chłopaki mają talent:-) Niedługo postaram sie dodać fotke ze szczytu Koziego Wierchu, niestety z tego dnia wielu zdjęć nie ma, nikomu się robić ich nie chciało:-)

Weekend

Brak komentarzy

Zima przyszła, czas rozpocząć sezon w Tatrach:-) W weekend ruszamy do Doliny 5 Stawów i zobaczymy na co siły i pogoda pozwoli! Mam nadzieję, że nie napada za dużo śniegu! Jak ja lubie zimową aurę w Tatrach:-) Po powrocie sklece jakąś relację i wrzuce fotki co by się na blogu działo:-)

W końcu zima przyszła, pada śnieg, jest zimno:-) Może to dziwne ale lubię taką pogodę, szczególnie w górach:-) Zgodnie z zasadą „Im gorzej, tym lepiej”, największa satysfakcja ze tego co się robi, jest wtedy kiedy warunki są najtrudniejsze:-) Zatem niech wieje, pizga i mrozi!! Sezon czas rozpocząc:-)

W paru słowach chciałbym poruszyć problem korków w mieście, tak mnie akurat naszło bo co otworze wiadomości lokalne na gazecie.pl to czytam: „Kraków znów stoi”, „Kraków zakorkowany”, „Kraków zapchany”….i co z tych wiadomości wynika? Absolutnie NIC. Kraków był, jest i będzie zakorkowany czy o tym gazety napiszą czy też nie. Budowa infrastruktury pozwala na odkorkowanie danego fragmentu drogi ale „korek” przeniesie sie poprostu na kolejne wąskie gardło ciągu komunikacyjnego. Jest to zatem troche błędne koło. Nie neguję tu zasadności budowy nowch dróg i skrzyżowań bo jak najbardziej są potrzebne.  Chciałbym tylko aby osoby wiecznie narzekające na korki albo przestały to robić i przyzwyczaiły się do korków w mieście (a nie znowu dziwiły sie, że straszne korki), albo niech we własnym zakresie zrobią coś co pozwoli te korki zmniejszyć, bądź też zlikwidować. Jak można zmniejszyć korki? Na przykład przesiadając się do komunikacji zbiorowej, które mimo narzekań w Krakowie działa całkiem sprawnie!

Jak „zlikwidować” korki? Otóż na to też jest sposób! Wystarczy zacząć jeździć na rowerze. Ja jeżdzę od półtorej roku do pracy na rowerze i musze Wam przyznać, że ze zdziwieniem czytam kolejny news o korkach w Krakowie, bo takowe nie dotknęły mnie osobiści w tym czasie ani razu:-)

Cóż za piękne uczucie poruszać sie po luźnym i niezakorkowanym mieście:-) Droga do pracy i z pracy zajmuje mi zawsze tyle samo czasu, nie stoję w miejscu jak komuś popsuje się auto na środku skrzyżowania, nie musze trąbić na debili, którzy po raz kolejny zablokowali mi wjazd na skrzyżowanie, nie denerwuje się, nie przeklinam na nikogo, jedyne co to szeroko się uśmiecham patrząć na wszystkich wkurzonych ludzi stojących w korkach. Cudne uczucie. Wiem wiem czasem zmoknę, zmęczę się czy przemarznę, ale chyba mimo wszystko wole być po swojej stronie i mieć całem miasto dla siebie, niż być zależnym od cudzego lenistwa!!

Bieg Ultra Granią Tatr

1 komentarz

Mój sen się ziścił! Od jakiegoś czasu planowałem, że na wiosnę przebiegnę calusieńką grań Tatr, nie sądziłem jednak, że przyjdzie mi się na niej ścigac:-) A jednak, chyba ktoś czyta w moich myślach i postanowił zorganizowac bieg Ultra!! 70 km długości, 5000m pod górę i 4900m w dół. Rzeź to mało powiedziane, przez tydzień albo i dwa nie będę mógł się ruszac, ale to nieistotne! Na samą myśl o tym robi mi się jakoś przyjemniej:) Nie ukrywam, muszę się do tego biegu przygotowac bo takiego dystansu jeszcze nie biegłem!! Ale co tam dla tego biegu zrobię wszystko!! WOW tylko tyle puki co przychodzi mi na myśl:)

Rocket Science

Brak komentarzy

Czytając gazete.pl znalazłem taki oto artykuł.


http://next.gazeta.pl/next/1,114656,12694353,Wojna_jeansow_z_zabojczym_smogiem.html

Zastanawiam się na ile jest to PR, a na ile prawda. Brzmi fajnie, szczególnie jak się mieszka w Krakowie, choć, ja mimo wszystko wole zmniejszać smog zostawiając auto pod domem i poruszając się na rowerze. I do tego wszystkich gorąco zachęcam, a tymczasem możemy sobie pomarzyć, że zrealizuje się wersja dla leniwych i ktoś za nas nie zmieniająć naszych przyzwyczajeń oczyści miasto z syfu:)

 

Mont Blanc 2012 – Relacja z Wyprawy

Pomysł zorganizowania wyprawy na Mont Blanc zrodził się w Październiku 2011 podczas luźnej rozmowy na temat gór i planów na nadchodzący rok. Już od jakiegoś czasu chodziliśmy po Tatrach zarówno latem jak i zimą, więc czemu nie spróbować się zmierzyć z Białą Górą?! Cel na rok 2012 został wyznaczony, pozostawała tylko kwestia tego jak się do wyprawy właściwie przygotować?

Początkowo zakładaliśmy, że w skład ekipy wejdą: Łukasz, Jack, Dukat i Marcin. Plan był prosty – przez najbliższe 8-10 miesięcy robić formę, chodzić po górach i szkolić się z technik asekuracyjnych. Na pierwszy ogień poszło przygotowanie formy fizycznej. Jako pierwszy zapisałem się na zajęcia Power Cross (zasady Cross-Fit) organizowane przez Pawła. Były to bardzo ciężkie treningi wytrzymałościowo-siłowe. Wkrótce na treningi dołączył Dukat i Jack, niestety Marcin z powodu braku czasu odpuścił i jego udział w wyprawie stanął pod znakiem zapytania. Jak się później okazało, nasz trener Paweł zajawił się pomysłem wyprawy na Mont Blanc i w ten sposób znów było nas czterech!

W lutym Ja, Dukat i Jack wybraliśmy się na 4 dniowy kurs zimowej turystyki wysokogórskiej w Tatry. Kurs prowadził Adam Pieprzycki, spaliśmy w Betlejemce i szkolili się w okolicy. Niestety bardzo ciężkie warunki atmosferyczne uniemożliwiły wyjście w wyższe partie górskie, co uświadomiło nam potęgę gór! Przez 4 dni poznaliśmy techniki asekuracyjne, zjazdowe, podchodzenia, kopania jam śnieżnych, poruszania się w zimowych warunkach itd. Wiedzieliśmy jedno – lekko nie będzie!

Kolejne miesiące mijały na regularnych treningach, wyjściach w góry i uczestnictwie w biegach zarówno płaskich jak i terenowych. Forma szła w górę gdy nagle naszą ekipę dopadł pech. W maju Jack solidnie skręcił kostkę, a przez swoje – ja wiem lepiej nie będę chodził w gipsie – tylko pogorszył sytuacje. Przerwa w treningu trwała ponad miesiąc do tego doszła rehabilitacja, a termin wyjazdu się zbliżał. Całe szczęście noga zdążyła się wyleczyć choć na pewno przymusowa przerwa odbiła się na formie Jacka.

Wkrótce potem do ekipy dołączył piąty zawodnik Peter! W lipcu wybraliśmy się na Mnicha, żeby sprawdzić formę! Wszystko było ok, aż do momentu, gdy na zejściu z Morskiego Oka (tak właśnie na najłatwiejszym odcinku) Dukat skręcił nogę w kostce!! Diagnoza lekarska 2 tygodnie przerwy plus rehabilitacja i to wszystko na miesiąc przed wyjazdem w Alpy. Nie wiele brakowało, aby Dukat odpadł z drużyny. Całe szczęście w przeciwieństwie do Jacka Dukat słuchał się lekarza i choć noga jeszcze bolała, była wystarczająco zaleczona, żeby spróbować wejścia!

10.08.2012 – W końcu nadszedł długo oczekiwany dzień wyjazdu. Podekscytowani załadowaliśmy się w 5 osób do Opla Omegi Pawła i ruszyli w kierunku Chamonix. O dziwo okazało się, że Omega to naprawdę pakowne auto (wraz z Interpaką). Cały sprzęt zmieścił się bez najmniejszego problemu mimo, że było nas pięcioro. Trasa wiodła autostradą A4 do granicy niemieckiej, później przez Niemcy do Szwajcarii, aż do Chamonix we Francji!

11.08.2012 – W Chamonix zameldowaliśmy się przed 13 w sobotę. Pogoda idealna, Mont Blanc robił wrażenie! Poszliśmy do centrum zakupić mapę i zrobić mały rekonesans. Padło na to, że jedziemy do dolnej kolejki TMD w Le Fayet, tam zostawiamy auto i jedziemy kolejką w stronę Nid d`Agile (odjazd o 16.30). Ostatni odcinek TMD Nid d`Agile jest nieczynny w związku z czym podróż zakończyliśmy stację niżej (Mt Lachat), skąd pieszo ruszyliśmy szlakiem do góry. Była godzina 17.30 ale mimo to słońce dawało się we znaki. Nie pomagały też załadowane sprzętem plecaki, każdy spokojnie ponad 20kg (myślę, że następnym razem trzeba będzie zoptymalizować ilość rzeczy choć i tak staraliśmy się ograniczać – dlatego druga opcja to inwestycja w lekki sprzęt wysokogórski, pewnie parę kg można by urwać). Zgodnie z planem chcieliśmy tego dnia podejść do Tete Rousse, jak się okazało za dnia nie bylibyśmy w stanie tego dokonać dlatego po dotarciu po 20 do Refuge de Rognes postanowiliśmy tam przenocować i wczesnym rankiem ruszyć dalej. Po rozłożeniu obozu w jednym z pomieszczeń schronu zabraliśmy się za gotowanie kolacji czyli „przepysznych” liofizów! Mimo, że była połowa Sierpnia znaleźliśmy płat śniegu z którego stopiliśmy wodę. Po długiej podróży autem i pierwszym etapie podejścia byliśmy naprawdę zmęczeni. Kiedy się ściemniło wyszliśmy na grań za schronisko i oglądali oświetlone Chamonix. Pogoda była piękna, kolejny dzień zapowiadał się bardzo atrakcyjnie!

12.08.2012 – Budziki ustawiliśmy na 2.00, wstaliśmy pół godziny później, jakoś nikt nie zerwał się ze śpiwora. Po szybkim śniadaniu i spakowaniu plecaków, opuściliśmy schron i ruszyliśmy w stronę Tete Rousso. Było kompletnie ciemno, więc od razu zaliczyliśmy wtopę i zgubiliśmy drogę. Dopiero światła czołówek kolejnej ekipy śpiącej w Refuge de Rognes wskazały nam poprawną drogę. Koło godziny 6 zrobiło się jasno, a my dotarliśmy pod ścianę Gouter! Na jej wierzchołku widać schronisko, wydaje się być tak blisko, a jednocześnie jak się później okazało jest tak daleko! Ściana robi wrażenie, wszyscy staraliśmy się zlokalizować Kuluar Spadających Kamieni (The Rolling Stones). Czuliśmy jednocześnie podnietę, że w końcu tu jesteśmy, a jednocześnie towarzyszyła nam obawa, czy Gran Couloir będzie dziś dla nas łaskawy. Po 45 min dotarliśmy do miejsca, w którym przekracza się kuluar. Wszystko wygląda dość niewinnie, niby jest to rynna wysoka na 700m po, której spadają kamienie wielkości pralek, a jednak teraz nic się nie dzieje. Przed nami przeszła 5 osobowa grupa polaków. Za nimi ruszył Jack. Spojrzał w górę kamienie nie leciały więc szybkim krokiem przeszedł na drugą stronę. Nadeszła moja kolej. Czułem lekki niepokój, serce zaczęło bić mocniej. Jack krzyczy, że nic nie leci, spoglądam w górę i rzeczywiście chyba dziś mamy szczęście! Zaczynam trawers, robie trzy kroki i … słyszę głuche uderzenia kamieni. Bez zastanowienia zawracam o 180 stopni, spoglądam w górę aby zlokalizować niebezpieczeństwo i tylko w sobie znany sposób pędzę po skałach z 20kg plecakiem w bezpieczne miejsce. Kamienie osuwają mi się spod nóg ale udaje mi się wskoczyć na półkę skalną, gdzie w miarę bezpiecznie mogę obserwować lawinkę!! Jeden z kamieni odbił się 30 metrów powyżej trawersu i lotem nurkowym przeciął trawers na wysokości szlaku! Serce biło mi jak szalone, chyba nigdy tak bardzo się nie bałem. Zajęło mi kilka minut zanim byłem gotowy ponownie przejść trawers – tym razem już bez niespodzianek. Dalsza trasa to mozolna wspinaczka do góry w sporej ekspozycji. Powietrze robi się coraz rzadsze, trudniej się oddycha. Peter zaczyna mieć zawroty głowy i słabo się czuje, reszta jeszcze nieco lepiej. Paweł przejmuje część sprzętu od Petera i dalej pną się w górę. Ja z Jackiem nieco przyspieszamy i mówimy chłopakom, że będziemy czekać w bazie i rozbijemy obóz. Do Refuge de Gouter  docieramy koło 12. 200 metrów od schroniska są wykopane platformy pod namioty po wcześniejszych ekipach. Wybraliśmy 2 platformy koło siebie i rozpoczęliśmy rozbijanie namiotu. Czynność, która na poziomie morza zajmuje 10 minut, na wysokości 3800m jest naprawdę trudna. Nas też dopadły już objawy choroby wysokościowej. Zawroty i ból głowy, złe samopoczucie, zadyszka i brak siły. Rozbiliśmy namiot w jedyne 2h:) Po takim czasie dotarła też do nas reszta ekipy. Chłopaki byli też mocno rozbici i rozbijanie namiotu szło im równie opornie co nam. W końcu jednak udało się i zabraliśmy się za gotowanie liofizów. Stopiliśmy śnieg i po ugotowaniu zalaliśmy pyszne obiadki. Niestety przy niskiej temperaturze otoczenia, jedzenie nie do końca rozmiękło co przełożyło się u mnie na dolegliwości żołądkowe, a po 2h pierwsze wymioty z widokiem na Chamonix:) Reszta dnia upłynęła na odpoczynku, walką ze złym samopoczuciem i planowaniem dnia następnego. Postanowiliśmy się wyspać, wstać koło 7 rano i ruszyć na rekonesans. Atak szczytowy został przeniesiony na kolejny dzień. Nie czuliśmy się na siłach.

13.08.2012 – Pobudka o 7 rano, większość ekip atakujących szczyt już dawno wyszła z obozu. Po zjedzeniu śniadania i skompletowaniu sprzętu, wiążemy się liną i całą piątką ruszamy w stronę Vallota. Taki cel ustaliliśmy sobie na dzisiaj. Po 30 minutach marszu, Peter zgłasza fatalne samopoczucie i stwierdza, że zawraca do obozu. Byliśmy stosunkowo niedaleko od namiotów więc ustaliliśmy, że Peter wróci do obozu sam. Ja, Jack, Paweł i Dukat kontynuujemy marsz. Samopoczucie się pogarsza, głowa boli mnie coraz bardziej, brakuje sił. Nie chcę jednak narzekać i podążam za ekipą. Po 2h docieramy w końcu do schronu Vallot. Postanawiamy wejść do środka i chwilę odpocząć. W schronie oprócz nas odpoczywa kilka ekip, widać, że im wysokość też dała się we znaki. Przez chwilę zastanawiamy się nad zmianą planów i atakiem szczytowym. Jednak ten pomysł upada szybko. Jesteśmy zbyt zmęczeni żeby ryzykować! Powolnym krokiem wracamy do obozu. Peter czuje się bardzo słabo. Śpi w namiocie, nie chce wyjść na zewnątrz. Już wiemy, że następnego dnia z nami nie zaatakuje, ale wiemy też, że powinien zejść niżej jak najszybciej. Po dłuższych rozmowach Peter decyduje się poczekać jeszcze 1 dzień i dać nam szansę na atak szczytowy. Jutro wielki dzień! Kładziemy się spać wcześnie, ale niełatwo jest spać na takiej wysokości. Emocje też dają się we znaki. Noc mija niespokojnie.

14.08.2012 – Wstajemy o 3.00, na zewnątrz ciemno i zimno, wiatr umiarkowany. Ubieramy się, przygotowujemy śniadanie, sprawdzamy czy dzień wcześniej wszystko spakowaliśmy do plecaków. O 4.15 jesteśmy gotowy do wyjścia. Powolnym aczkolwiek regularnym krokiem pokonujemy kolejne metry podejścia pod Dome du Gouter. Dochodząc do Vallota jest już jasno. Chwila odpoczynku na uzupełnienie płynów, sił, i ruszamy dalej. Niestety przed nami z Vallota wyruszyła kilkunasto osobowa  ekipa koreańska. Już na pierwszym podejściu totalnie zablokowali szlak. Ledwo poruszali się do góry przez co utworzył się dość spory korek. Niestety na grani powyżej Vallota, nie ma zbyt wielu miejsc na wyprzedzanie. Po 30 min stania w korku wchodzimy na wypłaszczenie, gdzie Korea robi przerwę, a my wykorzystujemy okazje i już w normalnym tempie kontynuujemy wspinaczkę. Po chwili Paweł zgłasza, że rozpadł mu się rak (nowe kupione przed wyjazdem koszykowe raki Black Dimond). Sytuacja wygląda niewesoło. Dalsza wspinaczka z jednym rakiem mogłaby być niebezpieczna. Postanawiamy, zastosować rozwiązanie tymczasowe i razem z Jackiem zabieramy się za wiązanie raków za pomocą prusików:) Tak powstaje w miarę stabilna innowacyjna konstrukcja umożliwiająca Pawłowi bezpieczne podejście i zejście ze szczytu.  Na nasze nieszczęście znowu zostaliśmy wyprzedzeni przez Koreańczyków, co kończy się kolejnym korkiem. I tym razem po chwili Korea robi przerwę, a my mamy możliwość przyspieszenia. Widoki robią się iście epickie. Zbliżamy się do szczytu, czuć przypływ adrenaliny. Dostajemy nowych mocy! O godzinie 9.20 stajemy na Szczycie Europy. 4 dni katorgi dla 15 min euforii! Ciężko opisać emocje nam towarzyszące ale zdecydowanie jest to uczucie warte wielu miesięcy przygotować, wielu godzin wspinaczki i każdej niedogodności jaką odczuwaliśmy idąc do góry. W takiej chwili zapomina się o bólu głowy, złym samopoczuciu i chwilach słabości. Jesteśmy tak po ludzku SZCZĘŚLIWI!

Robimy zdjęcia, dzwonimy do najbliższych poinformować ich o sukcesie! Powoli robi się zimno. Kolejne ekipy dochodzą na szczyt. Przed nimi chwila euforii, my już przygotowujemy się psychicznie do zejścia. Podobno jest to jeszcze trudniejsze niż samo wejście! Z każdym krokiem jesteśmy coraz niżej, jednocześnie robi się coraz cieplej bo słońce grzeje coraz mocniej. Musimy uważać stawiając każdy kolejny krok. Zmęczenie daje się we znaki.

Dochodzimy do Vallota. Znowu chwila odpoczynku. Idziemy dalej. Właściwie skończyły się trudności, opadły emocje i …. Siły. Usiedliśmy na śniegu, chciałem coś zjeść i się napić. Żołądek jest ściśnięty, nie chce przyjmować jedzenia. Chłopaki wyglądają i czują sie podobnie do mnie. Jedynie Jack ma siłę, chyba najlepiej znosi wysokość. Odwracam się do tyłu, Dukat rzyga, Paweł wygląda marnie, mi też zrobiło się niedobrze i podobnie do Dukata zwracam zjedzonego przed chwilą batonika:) Ze względu na Petera, który czeka w obozie postanawiamy, że Jacek jako najsilniejszy pójdzie dalej sami ruszy z Peterem na dół. My po dojściu do obozu zostaniemy jeszcze na noc i z samego rana zawijamy obóz. Kolejne 2h były naprawdę ciężkie. Kompletny brak siły, szliśmy na auto-pilocie. W końcu udało się dojść do namiotu, szybko zrzuciłem z siebie sprzęt i padłem w namiocie na mate. Przykryłem się  śpiworem i kolejne 1,5h przespałem. Ten czas pozwolił mi zebrać trochę sił. Poszliśmy do schroniska na kolację. Wieczór minął spokojnie. Pogoda była cudowna. Samopoczucie nieco gorsze, ale za to wszyscy byliśmy szczęśliwi z faktu zdobycia szczytu! Jack z Peterem jeszcze tego dnia zdołali zejść do górnej stacji kolejki TMD gdzie przebiwakowali pod gołym niebem. Nadeszła noc, a my położyliśmy się szybko spać!

15.08.2012 – Wstaliśmy o 6 rano. Ból głowy był powalający. Każdy ruch tylko go pogłębiał, a aspiryna nie pomagała. Nie było jednak wyjścia i trzeba było się zbierać. Spakowaliśmy namiot, śpiwory i resztę sprzętu. Mieliśmy dużo więcej rzeczy ponieważ Jack z Peterem schodzili na lekko i wszystkie cięższe rzeczy zostawili nam. Plecaki były naprawdę ciężkie. Koło 8 zaczęliśmy schodzić w dół. Wraz z każdym metrem czuliśmy się coraz lepiej, a powietrze było coraz gęstsze. Przejście kuluaru przebiegło bez problemów. Dzień wcześniej na ścianie Goutera doszło do wypadku śmiertelnego. Jedna z uczestniczek wyprawy koreańskiej straciła równowagę i spadła 200m w przepaść. W takim momencie zastanawiasz się czy warto tak ryzykować dla 15 min euforii na szczycie. 30 min po przejściu kuluary, będąc na wysokości schroniska Tete Rousso słyszymy głuchy odgłos spadających kamieni i krzyki ludzi. Odwracamy się w stronę kuluaru i widzimy na środku trawersu biegnącego turystę bombardowanego przez dziesiątki spadających kamieni. Widok oszałamiający, całe szczęście udaje mu się przebiec i schować pod skałą. Idziemy dalej. Mijamy Refuge de Rognes, Nid d`Agile i docieramy do stacji kolejki. Wsiadamy do wagonu. To już koniec. Podziwiamy masyw Mont Blanc, robi kolosalne wrażenie! Byliśmy tam na szczycie, aż trudno uwierzyć. Siadamy na ławce, robimy zdjęcia, patrzymy na turystów, którzy wjechali kolejką tylko po to żeby zobaczyć masyw. Jesteśmy szczęśliwi. Po godzinie docieramy na dolną stację kolejki. Tam czeka na nas Peter z zimnym piwem i świeżą bagietka! Może to się wydać dziwne ale będąc te parę dni w górach, uświadomiłem sobie jak wartościowym dobrem jest zwykła bagietka, którą mogę codziennie kupić w sklepie!! Jedziemy na camping gdzie czeka na Nas Jack z obiadem. W końcu normalne jedzenie, piwko, słońce itp.!!:)

Reszta dnia mija pod znakiem odpoczynku i wieczornego relaxu! Nawet nie rozbiliśmy namiotów, mieliśmy spać pod gołym niebem. Niestety zaczął padać deszcz więc władowaliśmy się do auta, ale brakło miejsc dla wszystkich więc Paweł z Dukim trochę przemokli:)

16.08.2012 – Poranek był ciężki. Lekki kacyk i zmęczenie. Zebraliśmy obóz, zjedliśmy śniadanie i pojechali na zakupy. Później krótka wizyta w Chamonix i droga powrotna do domu.

17.08.2012 – Home Sweet Home, a w głowie plany na przyszły rok!

Biegajmy

2 komentarzy

Rok temu zacząłem biegać. Nigdy wcześniej tego nie lubiłem! Moge wręcz powiedzieć nienawidziłem!! Ale gdy już spróbowałem to biegam, biegam i biegam…w szczególności upodobałem sobie biegi górskie. No więc biegam pod górę i całkiem nieźle mi idzie. Po płaskim też biegam, choć to tylko po to żeby się sprawdzić jak wypadam na tle innych!:-) Jak się pewnie domyślacie będę starał się przekonać Was do biegania, będę pisał gdzie pobiegłem i dobiegłem oraz jaki bieg i gdzie przebiegłem:-) Na pierwszy ogień zdjęcie z Biegu pod górę na Kasprowy!:-)


  • RSS